Kardamonowa polityka
- concertoconcerto
- 7 cze
- 2 minut(y) czytania

Poseł Sylwia Bielawska, politycznie wypromowana przez Romana Szełemeja, podobnie jak on wykazuje ogromną potrzebę obecności w mediach. Tak samo źle znosi krytykę i nieprzychylne komentarze. Również, podobnie jak jej polityczny mentor, sprawia wrażenie osoby głęboko przekonanej o własnej wyjątkowości, co tłumaczy jej dużą aktywność zarówno w Sejmie, jak i w mediach społecznościowych.
Nie ma przy tym większego znaczenia, czy ma do przekazania coś istotnego, czy jedynie odczuwa potrzebę zabierania głosu. Swoim „błyskotliwym” wystąpieniem z sejmowej mównicy, w którym stwierdziła, że „boimy się imigrantów, bo nauczą nas używać curry i kardamonu”, zapracowała sobie na przydomek „kardamonowej”.
Przekonana o tym, że imponuje otoczeniu swoim intelektem, brnie coraz dalej, nie zauważając, że przekracza nie tylko granice dobrego smaku, ale także elementarnej kultury politycznej. Coraz częściej sprawia wrażenie osoby, która mandat poselski traktuje jako przywilej pozwalający na publiczne obrażanie przeciwników politycznych.
Dla poseł Bielawskiej Prezydent RP Karol Nawrocki to „patoprezydent”. Być może sądzi, że w ten sposób imponuje swojemu politycznemu promotorowi, który twierdzi, że „Nawrocki nie ma kompetencji moralnych do pełnienia urzędu prezydenta”. Warto więc zatrzymać się właśnie przy kwestii standardów moralnych debaty publicznej.
Podczas sejmowych prac nad ustawą zmierzającą do zrównania części uprawnień przysługujących rodzinie opartej na małżeństwie ze związkami nieformalnymi, poseł Bielawska w ostry i konfrontacyjny sposób zwróciła się do posłów z prawej strony sali sejmowej. Zarzuciła politykom PiS hipokryzję, posługując się argumentacją, która – zdaniem wielu obserwatorów – miała niewiele wspólnego z logiką sporu dotyczącego samej ustawy.
Trudno bowiem zrozumieć, w jaki sposób można utożsamiać prawo do pozostawania w związku, nawet nieformalnym, z prawem do rozwodu. Dla poseł Bielawskiej najwyraźniej nie stanowi to żadnej różnicy.
Co więcej, najwyraźniej bardzo zadowolona ze swojego wystąpienia, opublikowała na profilach w mediach społecznościowych nagrania z sejmowej mównicy. W trakcie przemówienia wymieniała z imienia i nazwiska osoby, które przechodziły przez trudne doświadczenia rozwodowe, przywołując przykłady kojarzone wyłącznie z jedną stroną sceny politycznej. Nie oszczędziła przy tym nawet córki zmarłego człowieka.
Powstaje więc pytanie: czy naprawdę zabrakło przykładów we własnym środowisku politycznym lub w ratuszowym otoczeniu? A może celem nie była merytoryczna argumentacja, lecz wyłącznie polityczna zaczepka i próba wywołania medialnego rozgłosu? A co wyszło? Wyszło chamstwo!
Jerzy Langer



Komentarze